Kuchnia Niny

Kuchnia Niny, ale nie tylko moja, ale przede wszystkim mojej babci – która też miała na imię Nina:) 

Była kobietą niezwykłą, która w życiu przeszła bardzo wiele, ale zawsze, do końca, była uśmiechnięta. 

Urodziła się w małej wsi na Ukrainie. Jej ojciec, w latach 20-tych wyjechał do Ameryki, skąd po kilku latach przywiózł olbrzymi majątek. Pracował tam jako cyngiel dla mafii w Chicago. Babcia opowiadała, z tyłu obrazów licznie wiszących na ścianach ich domu, pochowane były złote monety. Pradziadek będąc majętnym człowiekiem i w sile wieku, ożenił się z piękną młodszą od siebie o 30 lat kobietą, która stała się matką mojej babci. Oprócz niej, na świat przyszli jeszcze dwaj starsi bracia Lonia i Kola. 

Pradziadek, za zarobione w Chicago pieniądze, kupił lodownię, którą prowadził wraz z żoną we wsi Koniew. Wioska, liczyła wówczas około 100 mieszkańców- Polaków, Rusinów i Żydów, którzy żyli obok siebie w zgodzie i harmonii. 

Wszystko to do czasu wybuchu wojny w 1940, kiedy na te tereny wkroczyli mordercy Stepana Bandery. Pewnej nocy, przyjechali do wioski, w której mieszkała moja babcia i zgromadzili pod lasem wszystkich mieszkańców żydowskiego pochodzenia. Były tam kobiety, starcy, mężczyźni i małe koleżanki i koledzy mojej babci. Na oczach pozostałych mieszkańców, wszystkich tych ludzi rozstrzelano a pozostałym kazano patrzeć. Patrzeć na ten bestialski mord. Kiedy odjechali, w nocy, babcia pobiegła na miejsce kaźni swoich przyjaciół i gołymi rękami odkopywała ziemię, pod którą ich zasypano, w nadziei, na odnalezienie żywych. Bezskutecznie. 

Matka mojej babci była kobietą równie piękną co bezwzględną dla której pieniądze stanowiły wartość najwyższą. Kiedy przed wybuchem wojny zmarł na zapalenie płuc mój pradziadek, prababcia została sama bez środków do życia w dodatku z trójką „darmozjadów” jak zwykła nazywać babcię i jej braci. Aby pozbyć się „problemu” zadenuncjowała swoje dzieci do grupy bandery, że te współpracują z partyzantami. Kiedy przyszli po nich banderowcy, cała trójka uciekła przez okno do lasu. Już nigdy więcej się z sobą nie zobaczyli…

Po ucieczce z domu, przeszła na piechotę prawie 300 kilometrów, do domu swojej ciotki- siostry ojca. Tam przeżyła 2 lata do czasu łapanki. Wówczas została skierowana na przymusowe roboty do Niemiec. Przez kolejne lata pracowała dla niemieckiego bauera, nosząc ciężary, pracując ciężko w polu i przy trzodzie chlewnej. Bauer w zamian za ciężką pracę więził ją w pokoju z kratami w oknach i za najmniejsze przewinienie bił batem. Pewnego dnia bił tak bardzo, że porozdzierał babci batem piersi. 

Kiedy wojna się skończyła, bauer w zamian za ciężką pracę babci, podarował jej w „podziękowaniu” (albo ze strachu przed konsekwencjami swoich czynów), półmisek manufaktury porcelany Rosenthal, który to do dziś jest w naszej rodzinie. Na robotach w Niemczech, babcia poznała mojego dziadka, Polaka, Władysława, z którym po wojnie wróciła razem do Polski.

Po powrocie do kraju, babcia dowiedziała się o śmierci swojego brata Lonii, który idąc z I Dywizją Piechoty, został zastrzelony w Kędzierzynie-Koźlu, przy próbie przeprawy przez Odrę. 

W rodzinnym kraju, dziadek został księgowym, a babcia zatrudniła się w fabryce papieru. Po roku na świat przyszedł pierwszy syn -Tadeusz a za nim córka Halinka. Rok po narodzinach córki, dziadek zachorował ciężko na gruźlice, a babcia cudem zdobywając penicylinę i lecząc go ziołami – uratowała mu życie. Nie udało jej się jednak uratować życia Halince, która w tym samym czasie zachorowała na koklusz i umarła. 

Babcia urodziła jeszcze dwójkę dzieci, moją mamę Anię oraz wujka Piotrka – zawodowego alkoholika, którego co noc prosiła, aby przestał pić. Za Tadka zaczęła się modlić i prosić Boga o pomoc, kiedy ten postanowił wstąpić w dumne szeregi SB .

Dziadek zmarł, kiedy babcia miała zaledwie 50 lat. Nigdy nie związała się już z żadnym mężczyzną, bo jak twierdziła Władek był miłością jej życia. Babcia dożyła sędziwego wieku 97 lat, trójki dzieci, pięciorga wnucząt i dwoje prawnuków. 

Z babcią oprócz imienia bardzo dużo nas łączy – pomimo młodego wieku, mnie życie również nie rozpieszczało i pozostawiło pręgi. Ale pamiętam babcię, która pomimo swojego losu, zawsze się śmiała, zawsze w życiu widziała dobre strony. 

Jej kuchnia była prosta, pyszna i pełna ciepła, dobroci i serca. Pełna ziół, które razem zbierałyśmy na łące i w lesie. Gotowała najlepsze na świecie ruskie pierogi i gołąbki. 

Babcia Nina, nauczyła mnie wielu rzeczy, ale przede wszystkim tego, że obojętne jakie nieszczęście by nas w życiu spotkań, to należy cieszyć się życiem. Do końca. A kuchnia, to przecież życie! 

Dziś, oddaję w Wasze ręce przepisy Niny – i tej ze starego czarno białego zdjęcia i tej, z kolorowej fotografii. Smacznego